Witam wszystkich Gości w wtorek 14 lipca 2020 r.


Strona główna

Nowości

O mnie

SMSy

Galeria zdjęć

Moje prace

Do posłuchania

Do poczytania

Media

Kalendarz

Banner

Księga gości

Podziękowania

Strona Anetki

Strona Maciusia

Strona Rodziców

 

O MNIE CZ. 6, CZYLI O MOJEJ PIERWSZEJ PODRÓŻY

Od pewnego czasu czułam, że rodzice coś planują. Pożyczyli inny wózek, kupili "starszy" fotelik, wykonywali połączenia międzymiastowe i szykowali ubranka. Jedynie mi nie chcieli zdradzić, jaki pomysł zrodził się w ich główkach.

Dopiero dzień wcześniej mama powiedziała mi, że jest coś takiego jak wakacje i że wtedy można sobie gdzieś pojechać. My mieliśmy pojechać do Poznania i Konina, bo tam mieszkają ciocia Gosia i wujek Sławek oraz prababcia Jadzia i ciocia Ula. I tak doszło do mojej pierwszej wyprawy daleko poza Koszalin.

W dzień wyjazdu wstałam bardzo wcześnie, chociaż rodzice mnie wyprzedzili. Trochę nie chciało mi się jeść śniadania, bo taka byłam podekscytowana tym, co mnie miało czekać!

Mama się śmiała, że mam najwięcej toreb do zapakowania, a ja przecież mam najmniejsze ubranka. To niesprawiedliwe!

W samochodzie było wesoło. Było nas pięcioro: ja, mama, tata, babcia Grażynka i struś - mój samochodowy przyjaciel. W zasięgu ręki miałam torby z chrupkami (moim ulubionym przysmakiem) oraz cały karton zabawek.

Muszę się przyznać, że długo nie cieszyłam się podziwianiem pięknych widoków za oknem, bo tak jakoś niespodziewanie zmorzył mnie sen.

Poznań przywitał mnie dużą ilością samochodów - tata wyjaśnił, że to się nazywa "korek".

Dojechaliśmy jednak szczęśliwie do cioci Gosi i wujka Sławka. Nikt mi wcześniej nie mówił, ale oni mają w pokoju małe ZOO. Mój miś chciał do niego dołączyć - oczywiście nie na zawsze! Jak w prawdziwym ZOO nie mogłam dotykać tych zwierzątek. Raz mi się tylko nie udało, ale to przez nieuwagę.

Na poznańskiej Malcie wypróbowałam, jak działa tamtejsza kolej. Mama zaś sprawdzała, jak to jest, gdy ktoś nie wsiądzie do pociągu na czas :)

Po tych atrakcjach wieczorem czekały na mnie bardziej relaksujące zabawy z konewką. Ciocia Gosia zatrudniła mnie do podlewania jej drzewek. Chyba za dużo nalałam wody do roślinek, bo następnego dnia musieliśmy wyjechać do Konina :)

W Koninie prababcia Jadzia przywitała mnie jak gwiazdę, choć jeszcze nie wystąpiłam w żadnym filmie, jedynie w amatorskich produkcjach taty.

Powracając do prababci, czekał tam na mnie wielki czerwony dywan długości całego pokoju. To się nazywa przywitanie. Nikt już prababci nie dorówna!

W ramach mojej wdzięczności czytałam z prababcią książeczkę do kąpieli oraz pokazałam jej, jak ciekawe mogą być dźwięki wydawane przez skrzypiące drzwi.

Po południu pojechaliśmy do cioci Uli i jej psa Maniusia, z którym spotkania nie zapomnę chyba do końca życia. Ja sobie spokojnie siedziałam, jak to w gościach należy (o to prosiła mnie mama jeszcze przed wyjazdem), a tu nagle wpada i rzuca się na mnie, a na dodatek liże szorstkim językiem. Czegoś takiego, jak żyję, jeszcze nie widziałam. To chyba nie było zbyt kulturalne! Od tego czasu Maniuś był moim wrogiem numer jeden. Próbowałam potem w ramach odwetu zabrać mu miskę z wodą, ale mama mnie przyłapała.

Następnego dnia wybraliśmy się do Lichenia. Tam było dużo kościołów i ludzi. Poszliśmy też na Golgotę i z góry było lepiej widać. Rodzice i babcia zachwycali się wszystkim dookoła, ale na mnie nie zrobiło to wrażenia. Najbardziej interesowały mnie butelki z wodą, które popijali starsi.

Kolejny dzień upłynął mi na spotkaniach. Pojechaliśmy do konińskiego mini ZOO. Takich zwierzątek to jeszcze nie widziałam. Konie, kucyki, strusie, pawie, osiołki, koziołki, gołębie, kury i inne niezapamiętane przeze mnie stwory. Niektóre z nich chciały ze mną nawet porozmawiać, a niektóre nie zwracały na mnie uwagi.

Czas było jechać znów do Poznania. Chcieliśmy zobaczyć więcej zwierząt w poznańskim ZOO, ale trochę się spóźniliśmy z wizytą. Za to na Malcie zdążyłam na wręczanie medali takim ludziom, którzy szybko pływali na kajakach.

Po powrocie do domu wujostwa wyszłam na balkon, by sprawdzić, czy krzaczki cioci Gosi nie mają przypadkiem sucho. I miały... Znów mogłam ćwiczyć się w sztuce podlewania. Po jakimś czasie zauważyłam, że moja skóra staje się jakby ciemniejsza, a przecież słońce już prawie zaszło. Wyglądałam jak Murzynek. Potem w kąpieli rodzice udowodnili mi jednak, że jestem przedstawicielką rasy białej.

Następny dzień zaczął się od obfitego śniadanka. Ciocia Gosia chciała nas zabrać w kilka ciekawych miejsc. Najpierw pojechaliśmy na jakieś pole, chyba lednickie. Pamiętam tylko tyle, że próbowano mnie tam zaznajomić z osiołkiem, ale ja już znam te numery. Podejdę bliżej, a on jak mi nie krzyknie do ucha! :(

Myślałam, że ryby żyją w wodzie, ale tam spotkałam na górze wielką metalową rybę. Chyba wyszła na chwilę z jeziora, do którego też trafiliśmy.

W miejscowości Pobiedziska widziałam wiele domków niewiele większych ode mnie.

Po obiedzie pojechaliśmy na zakupy do wielkiego sklepu. Zanim zaopatrzyliśmy się w potrzebne rzeczy, rodzice, babcia i wujostwo trochę sobie pojedli. Ja natomiast polatałam sobie helikopterem :)

W niedzielę, jak przystało grzecznie, poszliśmy do kościółka. W tym dniu ksiądz święcił pojazdy, więc udało mi się poświęcić mój skromny wózek. Nie wiem co prawda, czy Msza zostanie mi zaliczona, bo całą smacznie przespałam, ale jestem dobrej myśli :)

Kiedy Msza się skończyła, a ja się obudziłam, cała nasza ekipa powiększona o wujka Rafała i ciocię Celinkę udała się na obiad w stronę rynku. Wujek Sławek zachwalał kuchnię regionalną, więc spróbowałam poznańskiej pyry i nawet mi ona smakowała.

Napełniwszy swoje brzuszki, poszliśmy w stronę domu. Po drodze zmienił mi się kierowca mojego wózka na wujka Rafała, który swą jazdą wzbudzał przerażenie wśród poznańskich gołębi. Ale byłam spokojna, wszak mój wózek był poświęcony!

Niestety, to co piękne szybko się kończy.

Mama i tata oraz babcia spakowali torby, kazali mi zrobić "pa-pa" cioci Gosi i wujkowi Sławkowi i ruszyliśmy w drogę do Koszalina.

Jazda była taka monotonna, więc tata zatrzymał się na stacji benzynowej, gdzie było dużo dzieci i plac zabaw. Powspinałam się, pohuśtałam i mogłam dalej jechać.

Co było potem, nie będę opisywać ze względu na zachowanie mojego dobrego wizerunku.

Późnym wieczorem zajechaliśmy do domku i rodzice położyli mnie śpiącą do mojego własnego łóżeczka.

Myślę, że następne wakacje będą też tak wielką i ciekawą przygodą.

Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego, co tu wyżej opisałam :)

Poznań-Konin, 17-23 lipca 2006 r.

© 2005-2020 -- T. Pukiewicz
Utworzono: 7.09.2005    Zaktualizowano: 23.08.2006